Saturday, November 17, 2007

"fachas"

Kiedy przyjechalam do Madrytu, co i rusz spotykalam sie ze slowem "facha". Kazdy napotkany Hiszpan uzywal go z wielka swoboda, mowiac o polityce, o osobach publicznych, o subkulturach. Facha - to skrot od fascista, czyli faszysta. Hmmm, myslam sobie, ze bardzo radykalni i wybuchowi sa ci Hiszpanie, no bo tak od razu wyzywac od faszystow...Po dwoch latach mieszkania w tym miescie zdalam sobie sprawe, ze faktycznie jest tu wielu fachas - i w policji, i w rzadzie, i na ulicach. Zreszta nawet kilka dni temu Chavezowi zdarzylo sie wyzwac bylego premiera Hiszpanii Aznara od facha, no co krol Juan Carlos kazal mu sie zamknac (mila to byla pogawedka).
Dzis w Madrycie odbyly sie trzy manifestacje faszystowskie i jedna antyfaszystowska. Ta ostatnia zwiazana byla ze smiercia 16-letniego antyfaszysty, ktory zostal zamordowany tydzien temu przez skinheadow w metrze w Madrycie. Mlody chlopak protestowal tego dnia przeciwko rasistowskiej demonstracji neonazistow.

Tuesday, October 23, 2007

flamenco

Pewnego dnia medullita umowila sie ze znajomymi, potem ci znajomi umowili sie z innymi znajomymi. Ostecznie wszyscy razem postanowili pojsc na piwo. Ktos z towarzystwa znal jakis nielegalny bar na ulicy rownoleglej do ulicy medullity. Okazalo sie, ze zeby wejsc do tajemniczego lokalu trzeba przyjsc z kims znajomym i zadzwonic do drzwi. Zadzwonili wiec. Drzwi zostaly otwarte. Weszli. Chwilke pozniej dowiedzieli sie, ze bar jest siedziba stowarzyszenia na rzecz marihuany ;) Oczywiscie w zwiazku z powyzszym w srodku mozna spokojnie palic, co wiecej...bez palenia mozna sie upalic, bo w powietrzu unosi sie THC. Mozna napic sie piwa lub herbaty (duzy wybor). Zdarza sie tez, ze ktos poczestuje tiramisu lub czyms rownie smacznym. Poza tym czlonkowie stowarzyszenia oferuja rozne zajecia gratis. Jeden z nich jest tancerzem flamenco.
I tu wlasnie zaczyna sie przygoda medullity pt. flamenco. Lekcje trwaja godzinke, ale zawsze sie mozna czegos nauczyc, wiec chodzi. Oto zdjecie opisanego powyzej miejsca.

Takich intersujacych barow na dzielnicy Lavapies jest wiecej. Jednym z nich jest herbaciarnia, w ktorej napic sie mozna nie tylko herbaty, ale i piwa, i mojito (czyli koktajlu alkoholowego na bazie rumu). Miejsce to jest przyjemne ze wzgledu na przestrzen w jakiej sie znajduje. To jakby mieszkanko dwupoziomowe a sam barek miesci sie w kuchni - w samym centrum pomieszczenia.

Monday, October 22, 2007

Yes, Yes, Yes...

Moze to nie rewelacyjna wiadomosc, ale w tej sytuacji bardzo mnie cieszy - jak i wiekszosc Polakow (mam nadzieje). Chodzi o wybory i wyniki wyborow. Nareszcie konczy sie najgorszy koszmar - rzady PiS. Ach, odetchnac mozna z wielka ulga. PO nie jest partia, ktora mi odpowiada i ktora spelni moje oczekiwania (w ogole takiej partii nie ma), ale przynajmniej wstydzic sie az tak nie bede a o kraju z ktorego pochodze nie bedzie glosno za granica tylko i wylacznie za skrajnie glupie pomysly i poglady.
Panujaca do tej pory sytuacja w Polsce spowodowala, ze i ja poszlam glosowac (razem z trzyosobowa ekipa). Wyprawa na wybory okazala sie wielka wycieczka po Madrycie, bo ambasada Polski miesci sie na obrzezach miasta, co zreszta wydaje mi sie nieco dziwne. Dobrze, ze nie odlozylismy tego "obowiazku" na ostatnia chwilke, bo na pewno bysmy nie zdazyli. Dojscie z metra okazalo sie bardzo skomplikowane. Najpierw krazylismy po nowym osiedlu: wysokie estetyczne bloki otoczone zielenia. Po jakichs 15 minutach znalezlismy sie na dzielnicy domkow jednorodzinnych (czytaj: eksluzywnych willi). To bardzo rzadki widok w Madrycie: niskie budynki, dosc waska ulica, wzdluz ktorej rosna drzewa. No i ta cisza. Czulismy sie jak na wsi w Polsce. Po 20 minutach szybkiego marszu, doszlismy wreszcie do celu: ambasady - bardzo ladnej. Niemaly ruch i na zewnatrz, i w srodku. Dowiedzialam sie, ze Polakow w Madrycie i okolicach jest ladne 25 tysiecy. Do godziny 18-tej glosowalo okolo 1 tysiaca. To nie za duzo, ale zwazajac na to jak slabo zorientowani w polityce sa niektorzy moi polscy znajomi, to moze i lepiej, ze frekwencja byla tak niska.
Wykonczona, ale zadowolona wrocilam do domu w centrum miasta. Otworzylam strone gazeta.pl i juz wiedzialam , ze jest dobrze. Teraz mam tylko nadzieje, ze PO nie zmarnuje otrzymanej szansy, pieniedzy podatnika i 4 kolejnych lat. No i ze dojdzie do koalicji nie tylko z PSL-em, ale rowniez z LiD-em. Tymczasem zegnaj Wielki Bracie, Wielki Giertychu, Wielki Lepperze i Wielki Gosiu....no wlasnie, co bedzie z wybawicielem Wloszczowej;)?

Friday, October 5, 2007

Czarny labedz

Czarny labedzie jest tak piekny, ze musialam go tutaj zamiescic. Zobaczyc go mozna na zywo w parku Retiro w Madrycie.

Wednesday, September 19, 2007

"Optymizm to opium dla ludu! Zdrowy duch zalatuje glupota! Niche zyje Trocki!"

Nie wiem dlaczego, ale o ksiazkach pisze mi sie zdecydowanie trudniej niz o filmach. A przeciez tyle sie studiowalo, tyle sie przeczytalo, tyle sie analizowalo i pisalo o ksiazkach ... Od czasu zalozenia bloga przeczytalam wiele naprawde dobrych ksiazek i nic! To moze chociaz krotko o powiesci, ktorej nie moge po prostu odlozyc na polke.
"Zart" to pierwsza powiesc Milana Kundery, znakomicie napisana, nowatorska. Po pierwsze: zastosowanie przez pisarza narracji pierwszoosobowej to znakomity zabieg, zblizajacy czytelnika do bohatera. Konstrukacja powiesci jest dosyc nietypowa: kazdy rozdzial to opowiesc innego bohatera, zetkniecie sie z jego punktem widzenia. W pewnym momencie historie zycia protagonistow poszczegolnych rozdzialow zaczynaja sie ze soba laczyc, przeplatac, dzieki czemu czytelnik poznaje punkt widzenia danego watku kazdego z bohaterow. Widzimy w jak rozny sposob protagonisci interpretuja te same wydarzenia.
Zart Kundery to opowiesc o Czechoslowacji w czasie komunizmu, o trudnosciach i ograniczeniach a takze mozliwosciach, jakie niosl za soba ten system totalitarny, o kruchosci losu ludzkiego, o milosci, relacjach miedzyludzkich, poszukiwaniu siebie, wreszcie o tradycji i muzyce ludowej.


Niestety wystukac juz wiecej dzis nie moge. Niemoc mnie ogarnela...hehe...Liste ksiazek, o ktorych nie napisalam a sa naprawde warte przeczytania zamieszczam tutaj, moze ktos skorzysta a i ja o nich tak szybko nie zapomne: Slawomir Shuty, Zwal; Dorota Maslowska, Paw Krolowej; Kurt Vonnegut, Pianola; W. Beres, K. Burnetko, Kapuscinski: Nie ogarniam swiata; Jack Kerouac, Wloczedzy Dharmy, Penny Rimbaud, Zbuntowane zycie...

Tuesday, September 18, 2007

MASSIVE ATTACK, MADRYT

Ech, wakacje sie skonczyly. Do spalonej sloncem Hiszpanii dotarlismy dokladnie w dwa dni autostopem. Wszystko dzieki milym polskim kierowcom TIRow i mniejszych aut przewozowych. Wlasciwie przesiadalismy sie zaledwie trzy razy na tej dlugiej trasie. "Autostop not dead! ;)"

Przedluzeniem wakacji byl dla nas koncert Massive Attack. W koncu zjawil sie w Madrycie ktos godny posluchania (no, przepraszam, bylam przeciez na Bjork i Asian Dub Fundation). Tyle ze juz sama nazwa festiwalu, na ktorym zespol z Bristolu mial zagrac, wydawala nam sie podejrzana. "Weekend dance" - hmmm, no wazne, ze bedzie Massive. Nasze podejrzenia byly - jak sie okazalo 14 wrzesnia - nie bezpodstawne. Generalnie rzecz ujmujac: Manieczki. Tandetni dj-e techno, publicznosc na ekstazce i my. Przed koncertem Massive attack zagral ktos godny uwagi, co zreszta spowodowalo niezadowolenie publicznosci, choc jeszcze bit byl, wiec sie dalej wyginali: brzuszek, cycek, raczka, glowka, brzuszek, nozka, druga nozka i na krzeselko...
Sam Massive Attack juz nei zadowolil tak wymagajacej publiki. W trakcie koncertu oklaski byly marne, utwory swietnie zagluszane rozmowami naenergetyzowanych Hiszpanow. Zespol tak dlugo przez nas oczekiwany zagral gdzinke i moze dziesiec minut, po czym zniknal. Na scene wlazl jakis cudowny dj, ktorego nadejscie spowodowalo szal wsrod widzow. I znow: na krzeselka, nozka, raczka, dupcia ...
Koncert byl dobry. Swietne naglosnienie. Duzo psychodelii - wiekszosc utworow pochodzila z plyty Mezzanine. Na scenie pojawil sie Horace Andy ze swym swietnym wokalem. Z massive przyjechala tez wokalistka Cocteau Twins i ciemnoskora piosenkarka Shara Nelson. Na scenie rozstawione byly elektroniczne tablice wyswietlajace rozne informacje, m. in. ilu zolnierzy oraz ile dzieci zginelo w Iraku.
U mnie zespol po raz kolejny "spiewajaco" zdal egzamin, u Hiszpanow chyba nie...

Saturday, August 18, 2007

Na wakacjach

Medullita spakowala manatki i wyruszyla na kolejne wakacje, czwarte w tym roku. Musialo byc po kosztach, czyli: po pierwsze - autostopem (na trasie Madryt - Polska), po drugie: na darmowym campingu i po trzecie: nie ma to jak dom rodzinny.
Jak na razie jestem zadowolona, choc bywalo ciezko...a bo to Hiszpan bogaty i samolotami podrozuje, wiec na autostopowicza patrzy jakby byl zielony, zdarzy mu sie tez krzyknac cos zadziwiajacego.
A to znowu romantyczne noce w namiocie niekiedy zamienialy sie - przy pomocy burzy - w pieklo. Wrazenie porownywalne do bombardowania. Ufff ... Nie polecam.
No ale to na tyle, jesli chodzi o narzekanie.
A teraz o tym, co mile. Autostop jednak nie umarl, prawie cala Hiszpanie przejechalismy z sympatyczna rodzina Rumunow, ktorzy postanowili odwiedzic swoj kraj. W Hiszpanii mieszkaja juz dobre kilkanascie lat. Rozstalismy sie z nimi na pelnej wstretnych, niewychowanych turystow stacji benzynowej tuz przy costa brava, gdzie dane nam bylo spotkac dziwacznego Ukrainca (?), ktory dowiozl nas do celu. Do L'Escali. No ... podwiozlo nas tez dwoch Hiszpanow - jeden taksowkarz za friko przewizol nas z okropnie goracego miejsca (na wylocie z Madrytu) do malej stacji benzynowej. Stamtad bardzo gadatliwy mieszkaniec Kastylii podrzucil nas jakies 100 km.
Odpoczynek w L'Escali byl mi potrzebny. Zreszta komu niepotrzebny odpoczynek...Oj, jakie to przyjemne: plaza, slonce, cieplutkie morze srodziemne, piekne zabytki, ach ... Niestety szybko nadszedl dzien wyjazdu stopem(!) do Polski, jednak poszlo lepiej niz sie spodziewalam. Niby zaczelo sie fatalnie, wylotowka z L'Escali, ogromny ruch na drodze, okropny upal i my - ja i D. - stoimy dwie godziny. Ach, do czego to ludzkosc w tym momencie nie byla przyrownywana...az w koncu sie zabralismy, zlitowali sie Katalunczycy...nawet do glowy im przyszlo, ze przeciez jest ponad 3o stopni a my biedni w pelnym sloncu. Dodac musze, ze w tamtym momencie bylam przekonana, ze Hiszpan nie potrafi wczuc sie w sytuacje drugiego czlowieka. Ujechalismy zaledwie 50 km, kiedy trzeba bylo znowu wypelznac na trase w piekny, przupalny dzien. Po niecalej godzince zatrzymal sie, targany wyrzutami sumienia, stary angielski Hipis, ktory zaserwowal nam podroz serpentynka do Francji. Wspaniale widoki, nawet przesympatyczny Angol glosno komentowal: O fuck! It's beautiful. Swietny to byl gosc, nauczyciel jezyka angielskiego, ktory spiewal w aucie wraz z corka a to piosenki psychodeliczne, a to jakis pop, czy reggae. Duzo jezdzil autostopem, wiec zawsze przykro mu bylo, gdy mijal swoim maksymalnie zaladowanym autem jakiegos autstopowicza. Wreszcie, dzieki nam, mial okazje splacic swoj dlug. Francja. W niecale 10 godzin przejezdzamy ponad 1000 km. Wszyscy trzej kierowcy, ktorzy sie nam zatrzymuja, nie mowia w zadnym obcym jezyku. Jedziemy w milczeniu lub komunikujemy sie na migi albo lamana francusczyzna, ale jest naprawde bardzo milo, no i przede wszystkim sa dobre checi. Dojezdzamy do stacji przed miastem Nancy, no a stamtad lapiemy auto do ...Wroclawia. Przesympatyczny i przezabawny polski typek przewozi nas w ciagu kilkunastu godzin do Polski.
No i jestesmy. Tu tez milo, spokojnie, dobrze, zielono, czyste powietrze. Jezdze po lasach rowerem, zbieram owoce lesne, bawie sie z psami przed domem, ogladam tv kulture, sledze telenowele polityczna, czytam. Odpoczywam.